Aby poprawnie wyświetlić stronę wymagana jest najnowsza wersja przeglądarki.

Aby poprawnie wyświetlić stronę wymagana jest najnowsza wersja przeglądarki.

Zaktualizuj Internet Explorer bądź zainstaluj inną przeglądarkę.

Wpis został dodany do czytelni.Zamknij komunikat

Wpis usunięty.Zamknij komunikat

Dodaj wpis do czytelni.
Usuń z czytelni.
you tube
thumbnail
Gmina Kościan Tu warto mieszkać, pracować i działać...
25
kwietnia
wtorek
Marek, Jarosław, Wasyl
System Elektronicznej
Skrzynki Podawczej
EBOK Wodociągi
0 TEMATÓW

w czytelni

CZYTELNIA
Komunikaty
aktualnie
chmurka
9°C
Kościan
śr
chmurka
6
cz
chmurka
8
pi
chmurka
7
so
chmurka
9
nd
chmurka
9
pn
chmurka
13
wt
chmurka
14
kod

LEGENDA

          Gmina Kościan leży w centrum Wielkopolski. Z kolei w jej centrum jest Kościan - miasto. Śmiało można powiedzieć, że to taki „rynek” naszej Gminy.

          W każdym opisie i przewodniku znajdziemy zapis, że nasza Gmina ma charakter typowo rolniczy, a w dodatku nizinny. Cóż to właściwie znaczy. Może tyle, że gdy na przykład w maju, czerwcu, czy lipcu wybierzemy się na spacer lub rowerową wędrówkę to wśród kwitnących, pełnych wiosennego szumu łąk, sadów, pól po horyzont żółtych od rzepaku lub wśród łanów szumiącego zboża nie zmęczymy się – bo jak wiadomo gór wysokich u nas nie ma. Podobnie jednak jak w górach  będziemy mieli okazję do tego, by cieszyć się przyrodą. Tak po prostu, normalnie, by odpocząć. Jaką to ma wartość? Ocenicie Państwo sami po, choćby dwukilometrowym spacerze, który może być miłą formą odpoczynku po dniu pełnym pracy.

          Na trasie naszej wędrówki po gościnnej gminie można wybrać wiele ścieżek. Pierwszy mini szlak możemy nazwać „generalskim” lub „pałacowym”.

          „Pałacowym” dlatego, że głównym celem naszej wędrówki są urokliwe zabytki architektury, pałace i dworki, w których cieniu nie sposób nie myśleć o przeszłości, o tradycji, domowym, rodzinnym cieple. Z kolei, „generalskim” możemy go nazywać ze względu na mieszkańców lub gości odwiedzających te urokliwe zakątki.   

          Pierwszym przystankiem na tym szlaku jest Racot, a w nim pałac i stadnina koni. Od dziesięcioleci, dzięki stadninie Racot kojarzy się z końmi. To skojarzenie nie jest jednak pełne, bo wizytówką tej miejscowości i naszej gminy jest pochodzący z XVIII wieku klasycystyczny pałac. Gdy tylko przekroczymy bramy dziedzińca, podobnie jak odwiedzający to miejsce generałowie, Tadeusz Kościuszko i książę Józef Poniatowski będziemy mogli przyjrzeć się temu co zrodziło się w głowie znanego włoskiego architekta Dominika Merliniego, który m.in. zaprojektował wnętrza Zamku Królewskiego w Warszawie.  
 
          Majątek w Racocie ma bogatą przeszłość. Był m.in. własnością holenderskiej rodziny królewskiej, a później, w latach dwudziestych XX wieku, siedzibą polskich prezydentów. Tablice upamiętniające te fakty zdobią fasadę pałacowego gmachu. Dzisiaj w racockim pałacu mieści się Państwowa Stadnina Koni, która od 80 lat zajmuje się hodowlą tych zwierząt i prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Turystę z pewnością może zainteresować bogata oferta stadniny. Można tu, pojeździć konno, można także, korzystając z fachowych rad pracowników stadniny, jazdy konnej się nauczyć. Ci z Państwa, którzy nie chcą się forsować, a mają ochotę na konną przejażdżkę mogą wynająć jedną z kilku udostępnianych turystom bryczek. Po takiej przygodzie warto skorzystać z gościnności pałacowego hotelu. W końcu, nie każdego dnia zdarza się bić kawę w dawnej monarszej i prezydenckiej rezydencji.

          Już kilka kilometrów dalej za Racotem możemy odwiedzić drugi punk naszego „generalskiego” szlaku, dworek Taczanowskich w Choryni. Dzisiejsza siedziba firmy Danko, zajmującej się produkcją roślin i zbóż jest mniejsza od racockiego pałacu. Mimo to klasycystyczny, zadbany dworek z XVIII wieku może cieszyć nasze oko. Z majątkiem związana jest postać generała Edmunda Taczanowskiego, żyjącego w latach 1822-1879. Życiorys generała, najpierw oficera w pruskiej armii, a później dowódcy oddziału powstańczego, walczącego w Wiośnie Ludów w 1848 roku pod Pleszewem, żołnierza walczącego u boku Garibaldiego w wojnie o niepodległość Włoch, a wreszcie dowódcy oddziałów powstańczych w powstaniu styczniowym, pokazuje skomplikowane losy Wielkopolan żyjących w połowie XIX wieku. Znając życiorys generała Ci z Państwa, którzy wierzą w przeznaczenie pewnie nie będą zaskoczeni, że jego przeznaczeniem była walka i żołnierska służba. Jak mogło być inaczej skoro w murach jego majątku powstała Reduta Ordona. Adam Mickiewicz przed wyjazdem do Francji w latach 1831-1832 gościł w majątku Taczanowskich, a park, który dziś możemy oglądać sprzyjał natchnieniu i wiekopomnej twórczości. Może i więc turystom pod murem choryńskiego dworu wpadną do głów genialne pomysły. By się przekonać, warto samemu  sprawdzić.

          Kilka kilometrów na północny – wschód od Choryni jest trzeci przystanek na naszym „pałacowo-generalskim” szlaku, Turew. Wyjątkowe to miejsce ze względu na osobę jego właściciela. W 1788 roku, a więc całe pokolenie przed generałem Taczanowskim z Choryni urodził się w Turwi wybitny Wielkopolanin generał Dezydery Chłapowski. Nie był wybitny ze względu na oryginalne imię i nie dlatego o nim pamiętamy. Warty pamięci jest dlatego, że jak pisze Stefan Bratkowski, to jedyny ze szwoleżerów, który dla dziejów rozwoju Polski jest ważny do dzisiaj, bo po nim zostało coś, z czego żyjemy. Piszący tak o Dezyderym z Turwi autor nie przekreślał żołnierskiego życiorysu Chłapowskiego. Walka u boku Napoleona i generała Henryka Dąbrowskiego, spotkanie z Tadeuszem Kościuszką, udział w powstaniu listopadowym zdeterminowały jego biografię, ale także przyczyniły się do tego, że Chłapowski wyróżnia się z tłumu dziewiętnastowiecznych bonapartystów i powstańców.    Gdy Napoleon przegrał, Chłapowski w 1814 roku wyjechał na kilka miesięcy do Anglii. Wraca w 1818 roku i po powrocie do Turwi przeprowadza w swym majątku rolniczą rewolucję. Dzięki pracowitości i nowoczesnej agrotechnice, wprowadzeniu płodozmianu, wykorzystywaniu przy pracach polowych żelaznego pługa, który w innych rejonach Polski upowszechnił się 30 lat później, młockarni napędzanej kieratem, założeniu gorzelni, cukrowni, browaru, a wreszcie uwłaszczeniu chłopów stał się symbolem nowoczesnego myślenia i prekursorem nowoczesnego rolnictwa. Powstanie listopadowe zakończyło się klęską, a dla Chłapowskiego więzieniem. Jednak czas w niewoli poświęcił na pisaniu. Na jego zwięzłym podręczniku „O rolnictwie” wychowały się pokolenia dobrych wielkopolskich gospodarzy. Z generałem Chłapowskim możemy dziś „spotkać” się nie tylko w turewskim pałacu. Jednym z jego widocznych do dziś działań były zadrzewiania śródpolne. Ze względów estetycznych, biologicznych i ekonomicznych posadził drzewa na około 10 tysiącach hektarów. Tym samym, jak przyznają uczeni nie tylko zmienił obraz naszej gminy  i Wielkopolski, ale wyprzedził swą epokę o przeszło 100 lat. Czy warto o tym pamiętać przy robieniu pamiątkowej fotografii na tle późnobarokowego pałacu w Turwi. Zdecydowanie tak, bo dzięki temu mury pałacu, czy przylegającej do niego kaplicy będą ciekawsze i nie anonimowe.

          W turewskim, przypałacowym parku warto poszukać starych drzew, szum ich liści opowie nam historię tego miejsca i sprawi, że lepiej poznamy otaczającą nas przyrodę. Gdybyśmy mięli problem z rozszyfrowaniem tej opowieści to zawsze możemy liczyć na pomoc naukowców z  Polskiej Akademii Nauk, pracujących w turewskim pałacu. Dla nich ptaki, las i wszystko co w nim żyje, nie ma tajemnic.

         

          Drugi, nasz gminny szlak, który warto poznać to szlak, który możemy nazwać sakralnym.  Korzystając z naszej propozycji i wędrując nim poznamy nie tylko gminę, historię sakralnej architektury, ale coś jeszcze … legendę.

          W gęstwinie drzew, z dala od wsi, na uboczu stoją ruiny średniowiecznej, kamiennej  świątyni, poświęconej świętemu Marcinowi. Dokumenty historyczne, forma architektoniczna każe przypuszczać, że gryżyński kościół, którego ruiny możemy dziś oglądać powstał w ostatnim dziesięcioleciu XIII wieku. Czyżby więc te kamienie pamiętały gnieźnieńską koronację Przemysła II w 1295 roku? Bez względu na porę roku warto zboczyć z asfaltowej drogi i przyjrzeć się gryżyńskiej świątyni, która jest jedną z najstarszych w okolicy. Warte uwagi są nie tylko ruiny, ale także drzewa wśród których ona stoi. Może wśród gęstwiny uda się wyszukać brzozę…., a było to tak. Przed dwoma stuleciami w Grażynie mieszkała samotna matka z synkiem Antosiem. Dziecko było dla matki najważniejszą istotą na ziemi. Wszystkie swoje uczucia ofiarowała dziecku, pozwalała mu na wszystko, aż pewnego razu, rozpieszczony chłopiec, w gniewie uderzył swoją kochającą matkę. Życie, jak to życie, różnie się plecie i los chciał, że wkrótce, niespełna dziesięcioletni Antoś zachorował i zmarł. Matka pochowała chłopca po północnej stronie gryżyńskiego kościółka. Któregoś ranka, w kilka dni po pogrzebie kościelny, blady i przestraszony przybiegł do księdza i ledwo dech łapiąc wyszeptał mu, że z jednej mogiły wystaje rączka dziecka. Ksiądz kazał rękę zasypać, lecz ku trwodze kościelnego zasypana raczka, na drugi dzień, znów wystawała z grobu. Wówczas, nie widząc innego wyjścia, ksiądz zebrał wszystkich mieszkańców wioski, wśród nich matkę Antosia i począł rozpytywać o chłopca. By pomóc dziecku w zbawieniu matka płacząc przyznała, że nie ukarała chłopca, gdy ten ją uderzył. Straszna to rzecz, gdy dziecko bije matkę, przyznał proboszcz. Oto Antoś dopomina się surowej kary, której nie otrzymał za życia. To powiedziawszy ułamał brzozową gałązkę, podał szlochającej matce i nakazał, by wychłostała rękę ukochanego synka. Gdy tylko to uczyniła stal się cud. Ręka dziecka schowała się w grobie, a ksiądz przy świadkach, zatknął brzozową gałązkę w chłopięcej mogile. Wiosną drzewko zakwitło, a z czasem wyrosło z niej drzewo, które przypominało o tym, że dzieci nie mogą podnosić ręki na swych rodziców. Gryżyńska brzoza, bo tak o niej mówiono stała przy kościółku do 1875 roku. Wówczas to wichura ją powaliła. Z powalonego drzewa wyrosły nowe drzewka, kto wie może rosną do dziś.

          Pierwszy kościół z polnego kamienia, a drugi, na naszym szlaku, to jedyny w naszej gminie kościółek drewniany w Bonikowie. Kościółek św. Mikołaja urzeka swą prostotą, trudnym do opisania, nieuchwytnym klimatem, którego ważnym składnikiem jest charakterystyczny, zapadający w pamięci zapach. Wewnątrz świątyni, na belce tęczowej budowniczy umieścili datę budowy kościółka. Od 1785 roku naszą gminę zdobi ten wyjątkowej urody, kryty gontem  świadek wiary i ludzkiej pobożności. Wyposażenie kościoła jest starsze od  świątyni, ale jego manierystyczne elementy dobrze współgrają z całością wnętrza. Święty Mikołaj, biskup Mirry, patron kościółka był m.in. patronem marynarzy, piekarzy, pielgrzymów, podróżnych, rybaków, studentów, żeglarzy i więźniów. Ciekawostką jest jednak to, że w Polsce, na Rusi i Ukrainie do jego zadań należy obrona przed wilkami. Cóż z tego, że święty nigdy nie wiedział wilka na oczy. Musi strzec przed nimi i ludzi i bydło. Warto więc zobaczyć co na obrazie w bonikowskim kościele ma przy nogach święty Mikołaj. Lepiej, by 6 grudnia w takim towarzystwie nas nie odwiedził.

          Nad żółtymi od rzepaku polami płoną czerwone dachówki kościoła w Wyskoci. Pierwsze wzmianki o kościele w tym miejscu pochodzą z 1366 roku. Dzisiejsza, murowana świątynia św. Andrzeja Apostoła została wybudowana w 1843 roku. Kilka lat później postawiono wieżę, a jej zegar, gdy się w niego wpatrzeć opowie nam historię pewnej Kasi. W kościele przed laty, tak dawno, że nikt już nie wie kiedy zdarzyło się nieszczęście. A pamiętać trzeba, że zły to był czas, gdy ludzie nawet raz w roku świątyni nie odwiedzali. I wówczas to, pewnego dnia, miejscowa sierotka  Kasia, stroiła sama świątynię do uroczystości Bożego Ciała. Nagle ksiądz, co ornaty szykował, organista, co organy dostrajał słyszą krzyk i rumor wielki. Pod Kasią drabina pęka, dziewczyna upada na kamienną posadzkę i z tego to upadku garb się Kasi został. Szpecił ją wielce i żadne ludzkie starania nie mogły jej od niego uwolnić. Zegar na kościelnej wieży kilka lat odliczył. W sierpniowy wieczór cały tłum na dożynkową zabawę się wyprawił. Wśród biesiadników, zasiadł równo dziedzic, co to niedawno się ustatkował i chciał z włościanami się zbratać. Tańce, gwar i zabawa rozbrzmiewały na całą okolice, tylko garbata Kasia stała z boku i pochlipując przyglądała się swawoli. Nagle, widząc jej frasunek, ksiądz, ku zdziwieniu ludzi prosi sierotę do tańca. Za garb ją uchwycił, modląc się pląsać poczyna i oto dziwy się dzieją, bo Kasi garb w tańcu znika. Nie mogą się tym czarom biesiadnicy nadziwić. I Kasinej urodzie, którą do tej pory garb zasłaniał, nadziwić się nie mogą. Wtem dziedzic do niej podchodzi i do tańca ją zawodzi, a że razem młodzi byli nie tracili czasu wiele, bo w następny dzień po ślubie mięli huczne też wesele.
Zegar tyka tyk, tyk, tyk. … czy to prawda, nie wie nikt.

Aktualności aktualności
21 kwietnia 2017 Zapraszamy na majowy spływ kajakowy
21 kwietnia 2017 Kanalizacja Czereśniowej w Racocie
Mobilnie
kod
Przeglądaj naszą stronę na wszystkich
urządzeniach mobilnych.
Kwiecień
2017
p w s c p s n
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30